Brzuszkowe problemy

14676672_197668987309146_5226099635788972032_n

 

Coś mnie tknęło i przy przeglądaniu ostatnich wpisów stwierdziłam, że troszkę  zaniedbałam  wszystko poza recenzjami. Wiem, że pewnie duży wpływ na ten stan rzeczy ma blog który prowadzę dla Magazynu Super Mama, jednak to  i tak niewystarczające tłumaczenie. Na początku ciąży  obiecywałam sobie, że będę pisać o niej na bieżąco, wypadałoby słowa dotrzymać chociaż połowicznie.

Niestety ostatnio moje życie kręci się między domem a Poznaniem. To właśnie tam, ponad 200 km od domu jeździłam na kontrolę przepływów by monitorować stan maluszka i wiedzieć kiedy będzie potrzebna pierwsza transfuzja wewnątrzmaciczna. Odwlekanie tego w czasie z jednej strony mnie cieszyło, z drugiej coraz bardziej przygnębiało. Każdy dodatkowy tydzień bez transfuzji to kolejny kamień milowy Kacperka i danie mu dodatkowej szansy, jednak dla mnie  był to kolejny tydzień niepewności i strachu. Psychicznie było coraz gorzej. Łapałam się na tym, że pojedyncze dni uciekały mi z kalendarza, a to co z reguły sprawiało mi radość powoli zaczynało być mi obojętne.

Niestety 2 listopada moje szczęście się skończyło i wyniki znacznie się pogorszyły. Przepływy  w mózgu maluszka osiągnęły poziom 1,53 co  zagwarantowało nam transfuzje już kolejnego dnia. Gdy o tym myślę i przypomnę sobie co wtedy czułam… W pierwszej ciąży miałam robioną kordocentezę jednak bez transfuzji, myślałam, że  daje mi to jakikolwiek obraz tego co się wydarzy. Oj jak bardzo się myliłam…

Lekarze w kitlach operacyjnych, krew z woreczka zaciągana w strzykawki i ta atmosfera panująca na sali dalej przyprawia mnie o lekkie dreszcze. Najpierw dostałam relanium by mały zwiotczał (przy każdym jego ruchu ryzyko zabiegu się zwiększa), ja przy okazji się trochę uspokoiłam, później lekarz pod ciągłą kontrolą USG namierzył żyłę pępowinową i wkuł się w nią. Jest to praktycznie bezbolesne, oczywiście pewien dyskomfort pozostaje. Doktor pobiera malutką próbkę krwi dziecka do morfologii i ustalenia grupy krwi, w momencie gdy położna pędzi do laboratorium, lekarze zaczynają powoli podawać krew maleństwu. Przy takiej transfuzji podaje się od 15 do 100 ml specjalnie spreparowanej krwi. Brzmi… dziwnie.  Nie jestem w stanie oddać Wam tego jakie to uczucie i co  tak naprawdę dzieje się na sali.

Niestety podczas pierwszej transfuzji wyniki  morfologii bardzo zaniepokoiły lekarzy. Nikt się nie spodziewał tak złego wyniku, trzeba było podać aż 63 ml krwi co jak na pierwszy raz jest bardzo dużą ilością. Jeżeli wierzyć mojemu lekarzowi (a wierze mu bezgranicznie) za parę dni zacząłby się ogólny obrzęk płodu. Niestety u Kacperka obrzęki już się rozpoczęły, ale mamy nadzieję, że transfuzję poprawią jego stan. Dokładnie tydzień później musieliśmy przeprowadzić kolejną, tym razem bardziej bolesną transfuzję. Podejrzewam, że zwiększone odczuwanie bólu było spowodowane moim stresem, jednak i tak był to ból do zniesienia  bez większych problemów. Na szczęście wyniki drugiej morfologii były znacznie lepsze i wtoczyliśmy małemu tylko 33 ml krwi, a ja mogłam dzień później wyjść do domu.

Za tydzień jadę na kolejną transfuzję i prawdopodobnie zostanę w szpitalu aż do cesarskiego cięcia w połowie grudnia. Lekarze nie chcą ryzykować zbyt  dużej ilości transfuzji, więc  prawdopodobnie gdy tylko maluszek rozpocznie 36 tydzień w końcu  się poznamy 😉 Bezpieczniejszy będzie poza moim brzuchem i mimo tego, że przeraża mnie coraz bliższy (o wiele za bliski!) termin porodu zrobię wszystko by zapewnić mu jak największe bezpieczeństwo.

Mam nadzieję, że zrozumiecie chwile ciszy i  przestoje na blogu.  Staram się pisać nawet gdy jestem w szpitalu, jednak czasami po prostu psychicznie nie mam siły napisać chociażby zdania. Często nie mam siły nawet czytać. Teraz gdy mogę  spędzić dwa tygodnie w domu towarzyszą mi ciągłe wahania nastroju. Raz jestem pełna energii i mimo ograniczeń ruchowych i zaleceń lekarza staram się wysprzątać cały dom, tańcząc i śpiewając jednocześnie. Za to dzień później ledwo mam siły wstać z łóżka i ciągle zastanawiam się co będzie jeśli… Mam wrażenie,  że ukradłam te dwa tygodnie wolności i  nie do końca na nie zasłużyłam.

Mam nadzieję, że niedługo będę mogła tłumaczyć się Wam z rzadszych wpisów wrzucając zdjęcie swojego zdrowego i silnego synka. Zapomnę wtedy o zmartwieniach i znów będę kraść chwile… Z książką po nocach 😉

Reklamy

One thought on “Brzuszkowe problemy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s