Recenzja- „Bieg po życie” Lopez Lomong

bieg.jpg

 

Nie jestem osobą uprawiającą sporty, męczę się samym patrzeniem na biegaczy dlatego kompletnie nie wiem kto jest kim. Nazwiska, nawet tych największych, nic mi nie mówią. Dlatego nie miałam pojęcia kto to jest Lopez Lomong. Powinniście zapytać dlaczego, skoro nic o nim nie wiedziałam sięgnęłam po jego biografię. Odpowiedź jest banalna- opis książki przybliżył mi w minimalnym stopniu historię Lopeza, a ja zaintrygowana nie mogłam przejść w okół niej obojętnie.

Gdy miał zaledwie sześć lat został porwany przez rebeliantów i przetrzymywany w baraku. Bez dostępu do światła, świeżego powietrza i toalety codziennie umierało w nim wielu chłopców. Lopepe bo tak nazywano Lopeza w jego rodzinnej wiosce miał jednak swoich trzech aniołów stróżów którzy nauczyli go jak przetrwać w takich warunkach, a później zorganizowali ucieczkę. Mały chłopiec biegł trzy dni i trzy noce by wrócić do matki, dotarł jednak do Kenii gdzie tak jak inni zaginieni chłopcy trafił do obozu dla uchodźców. Jego bieg po życie nie zakończył się na tej ucieczce, codziennie pokonywał 30 kilometrów po to by mieć chociaż namiastkę dzieciństwa i by zapomnieć o tęsknocie i głodzie. Kakuma dała mu schronienie i po wielu latach w obozie dostał szanse życia- adopcje i podróż do Stanów Zjednoczonych.

Podczas czytania robiłam coś czego nie robiłam już od dawna. Notatki. Inaczej nie byłabym w stanie zapamiętać wszystkiego co dla mnie było ważne, każdej myśli i uczuć jakie przepływały przeze mnie gdy poznawałam historię Lopeza. Mimo tych wszystkich zapisków nie wiem czy jestem w stanie oddać chociaż w części to wszystko co czułam. Nie wiem czy wystarczy mi słów i łez.

Może zacznę od czegoś najprostszego? Język którym napisana jest książka jest tak samo prosty i pozbawiony jakichkolwiek ozdobników jak życie głównego bohatera. I jakkolwiek z reguły uznałabym to za wadę to w tym momencie nadała tylko autentyczności całej historii. Jak brzmiałaby opowieść osoby która w wieku 16 lat zaczęła uczyć się angielskiego, a dopiero chwilę wcześniej nauczyła się tak naprawdę czytać i pisać, gdyby została opowiedziana w inny sposób? Tolkienowskie opisy scenerii, łamiące serce melodramatyczne dialogi czy inne nadające dramatyzmu zabiegi zabrały by coś niezwykle ważnego. Mark Tabb zrobił coś wspaniałego spisując historie Lopeza w taki sposób w jaki on sam potrafił ją przedstawić.

Śledząc losy porwanego chłopca krok po kroku zdajemy sobie sprawę jak ogromne szczęście spotyka nas Europejczyków oraz jak wielkie dramaty rozgrywają się poza naszymi oczami. Co czuło sześcioletnie letnie dziecko wyrwane z rąk matki, przetransportowane do chaty bez okien gdzie w odorze fekaliów oglądał śmierć swoich współwięźniów? Jak wielki instynkt przetrwania musiał mieć by nie rzucać się łapczywie na jeden posiłek dziennie, ale cierpliwie oddzielał to co jadalne od piachu z którym pokarm był wymieszany? Mimo poranionych nóg biegł ile tylko starczyło mu sił trzy dni i trzy noce do swojej matki, a gdy okazało się że razem ze swoimi przyjaciółmi pomylili kierunki, gdy na chwilę opuściła go nadzieja nie był w stanie podnieść się z ziemi by napić się wody podawanej przez żołnierzy. W Kakumie (obozie dla uchodźców) jego los nie był w cale łatwiejszy… Jadł posiłek dziennie i to w nocy, tak by nikt silniejszy nie ograbił go z jedzenia. Świętem był jeden dzień w tygodniu gdy razem z innymi chłopcami walczyli o śmieci wyrzucane na taczkach przez osoby opiekujące się obozem. Nawet tam gdzie teoretycznie był bezpieczny co chwilę musiał wynosić z namiotu zwłoki chłopców którzy nie dali lary… Nie jestem w stanie opisać wam wszystkich cierpień które spotkały tego chłopca. Chłopca który zawinił tylko tym, że urodził się w ogarniętym wojną domową Sudanie Południowym. A mimo wszystko, mimo wszystkich nieszczęść i potworności jako kilkuletni chłopiec Lopepe dalej podnosił głowę wysoko. Dziękował Bogu za każdy dzień, wierzył że to on go doprowadził do miejsca gdzie jest bezpieczny, wspierał i zajmował się innymi chłopcami.

„Życie może nie należało do łatwych, ale byliśmy szczęśliwi. Tak, chłopcy umierali i trudno było zdobyć jedzenie, ale przynajmniej nikt do nas nie strzelał. Jedliśmy tylko jeden posiłek dziennie, ale dla mnie, który przybył do tego obozu w wieku sześciu lat, stało się to czymś normalnym.Nigdy nie pomyślałem, że życie jest niesprawiedliwe, bo muszę jeść śmieci. Resztki jedzenia z wysypiska traktowałem jak błogosławieństwo. Nie wszyscy chłopcy w obozie mogli tak robić. Znałem kilku, którzy się nad sobą użalali. jaki jest cel takiego narzekania?

 

Zastanawiało mnie dlaczego gdy opisywane były jego losy w obozie nigdy nie użył imiona swoich przyjaciół. Czy było to spowodowane tym byśmy nie skupiali się na jednej osobie a na ogóle przebywających tam osób? Czy po prostu umysł Lopeza nie był w stanie wydobyć tych wszystkich imion z zakątków pamięci? Nie wiem, jednak ich anonimowość jest dla mnie jeszcze bardziej wzruszająca. Może to zaskakujące ale najbardziej wstrząsnął mną fragment o obozie przystosowawczym przed sfinalizowaniem adopcji. Szesnastoletni chłopiec uczący się dla nas rzeczy tak oczywistych jak śnieg, zdziwiony wszystkim w okół… Różnice kulturowe były wręcz przerażające. Wyobrażacie sobie  6 letnie dziecko które nie potrafi korzystać z prysznica? Przez pierwsze dni skacze i ucieka przed lodowatą wodą zastanawiając się jak można się po tym myć, później gdy mama pokazała mu jak ustawić ciepłą parzył się od zbyt wysokiej temperatury? Wyobrażacie sobie, że jakieś dziecko nie potrafi wyłączyć światła i zasypia przy pełnym oświetleniu? Dziecko które nie jest w stanie sobie wyobrazić jakim cudem tyle pożywienia jest w jednym miejscu zwanym restauracją? Które by posmakować świeżego powietrza, by nic mu nie umknęło wystawia głowę za okno niczym pies i delektuje się każdą rzeczą… Szesnastoletnie dziecko które nigdy nie miało nawet łóżka. Dla nas to niewyobrażalne, dla niego wszystko było nowe i mimo nastu lat musiał uczyć się życia krok po kroku zaczynając od tak podstawowych rzeczy. Adaptacja ta była nie tylko wzruszająca ale i wstrząsająca.

Historia Lopepe jest wprost niesamowita. Jeszcze w obozie przyrzekł sobie, że wystartuje w olimpiadzie. Mimo braku perspektyw, mimo warunków w jakich żył wiedział że mu się uda. Wierzył całym sobą a wiara go napędzała. Podziwiam osoby tak gorliwie wierzące w Boga, osoby które mają z nim tak zażyłe stosunki, daje im to nadludzkie siły. Wiara towarzyszy mu na każdym kroku, tak samo jak jego przyjaciele. Lopez ma w sobie tą autentyczność, tą szczerość i prostolinijność, dzięki czemu każdy kto go spotka idzie z nim jak ogień.

Lomong ma niebywałe szczęście. Nie tylko przetrwał to wszystko, nie tylko osiągnął wszystkie swoje cele ale również ma dwie wspaniałe rodziny. Na każdym kroku wspierała go i płakała nie tylko jego matka biologiczna (którą odnalazł po wielu latach) ale również matka adopcyjna która kochała go i kocha nadal całym sercem. Zastanawia mnie jedno… Czy jego amerykańscy rodzice nim przeczytali tę książkę wiedzieli to wszystko? Wiem, że słyszeli jego historię ale czy kiedyś opowiedział im o swoich pierwszych dniach po przyjeździe do USA? Co czuli gdy widzieli siebie jego oczami? Czy płakali tak jak ja gdy Lopepe opisał swoje uczucia gdy zobaczył ich na lotnisku z kartką „Witaj w domu Józefie”?

Tak naprawdę jego biografia nie  jest historią świetnego sportowca i genialnego biegacza. To opowieść o zaginionych chłopcach i dziewczynkach o których świat wolałby nie pamiętać. O tym, że nawet oni mogą osiągnąć wiele. Wystarczy wyciągnąć ku nim rękę. Jego opowieść jest niezwykle ważna dla nas Europejczyków, szczególnie w momencie gdy fala uchodźców dociera do naszych granic. Co zrobimy?

Wiem co ja zrobię. Gdy tylko skończę pisać tą recenzję rejestruję się na stronie Polskiej Akcji Humanitarnej, wy też możecie zrobić to klikając tutaj. Można dołączyć do klubu SOS wysyłając nawet 10 zł miesięcznie. To mniej niż paczka papierosów….

Reklamy

2 myśli w temacie “Recenzja- „Bieg po życie” Lopez Lomong

  1. ~Lustro Rzeczywistości pisze:

    To musiałabyć wstrząsająca lektura, sama staram się takich unikać, zdecydowanie wybierając czystą fikcję.
    Szczegółnie mocno działa na mnie cierpienie dzieci i czytanie o ich pozbawionym magii dzieciństwie. Może kiedyś stwardnieję na tyle, by przestać unikać faktów…
    Myślę, że czytając opis tej pozycji nietrudno się skusić, więc wcale mnie nie dziwi, że przeczytałaś książke o biegaczu, mimo że biegaie to dla Ciebie temat całkiem obcy. na tym polega poszerzanie horyzontów 😉

    Polubienie

    • mocno subiektywna pisze:

      Kiedyś miałam się za „kobietę z jajami” i nie płakałam nawet na Titanicu 😉 Jednak od momentu gdy dorosłość dopadła mnie całkowicie, na świecie pojawił się Szkodnik, a ja przestałam bać się swojej kobiecości wzruszam się dość często. Dlatego tym bardziej ciężko mi było przebrnąć przez tą lekturę i nie uronić łez. Streściłam część książki mojemu narzeczonemu i nawet on miał łzy w oczach, tak więc ogrom tego nieszczęścia przebije się przez każdego.

      Myślę, że im więcej wiemy o cierpieniu innych tym twardsi się robimy. A to tylko zmobilizuje nas do działania. Dlatego polecam Ci tą książkę z całego serca, mam nadzieję, że się przełamiesz i po nią sięgniesz. Szczególnie, że nie jest to tak naprawdę książka o cierpieniu. Wręcz przeciwnie! To książka o sile charakteru i zwycięstwie.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s